Szukaj u nas

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pszczyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pszczyna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Naga i opalona

Jak na człowieka, który mógłby grać w filmie Powrót córki młynarza, dużo ostatnio uwagi poświęcam opalonej skórze. Przecież zdecydowanie, stale i uparcie szukam schronienia w cieniu, zaopatrzona w słusznej jakości faktor przeciwsłoneczny. Mam także bogate, czasem dosłownie kolorowe, doświadczenie z preparatami samoopalającymi.

Poprzednim razem pisałam o mojej przygodzie z pudrem Vita Liberata. W tym tygodniu dotarła do nas marka, córka Vity Liberaty, NKD SKN Self Tan. Naturalnie nie obyło się bez przygód. ;)

NKD SKN Organiczna Pianka samoopalająca


Do testowania piankę otrzymała dziewczyna z naszej perfumeryjnej załogi. Również miłośniczka zacienionych rewirów. Dodatkowo posiadająca bogatą kolekcję anegdot o fatalnych skutkach stosowania samoopalacza na sobie samej. Testerka idealna.

Znałam jej doświadczenia. Z tym większą niecierpliwością oczekiwałam na efekt naszego kochalskiego eksperymentu.

Pewnego dnia zadzwoniła. Odebrałam pospiesznie telefon.
- Użyłam - padło po drugiej stronie.
- I co? - zapytałam z lekką niepewnością. W zasadzie spodziewałam się każdej odpowiedzi. Łącznie z delikatną awanturą.

Ku mojej wielkiej uldze usłyszałam, że nakłada się dobrze i bez problemowo. Rękawica sprawdza się w akcji. Chroni dłoń przed niechcianą koloryzacją. Trochę straszy ciemny kolor pianki. W momencie aplikacji wywołał lekkie palpitacje u naszej bohaterki. Później okazało się, że cały nadmiar barwnika ładnie się spłukuje. Pianka wchłania się i schnie ekspresowo. Zostawia na skórze przyjemny, lekki filtr.

Suma summarum jest naprawdę przyzwoicie. A nawet świetnie. Kosmetyk nie ma charakterystycznego zapachu, którego tak nie lubimy. Nadał skórze równą, lekką opaleniznę. Żadnych smug. Żadnych plam. Wszystko równo, gładko i przyjemnie. Magia.

Skierowana do wiecznie zabieganych dziewczyn linia NKD SKN Self Tan kusi ekspresowym efektem, przy niewielkim nakładzie sił. Szczyci się także naturalnymi składnikami nawilżającymi skórę.

Mówią, że to wakacyjna opalenizna w butelce, którą możesz zabrać ze sobą wszędzie. Zgadzam się. Młodsza marka Vity kupiła naszą przychylność. Przy okazji dodając nam nieco słonecznego blasku :)




niedziela, 14 kwietnia 2013

Warsztaty perfumeryjne z Sabbath

Przygotowania były. :-) Oczywiście powinnam napisać, że pełen profesjonalizm, bułka z masłem, ale byłoby to niezgodne z prawdą. Po pierwsze taka osobistość, jak Sabbath, to duże wyzwanie. Moja praca jest moją wielką pasją od 20 lat, więc mogę śmiało stwierdzić, że Sabbath jest niezwykle fachowa. Dla mnie praca z taką profesjonalistką jest przyjemnością, ale też wyzwaniem. Do tego miałam spotkać nieznanych mi ludzi, pasjonatów, których stopnia  zaawansowania wiedzy przecież nie znałam. Trema była.

Spotkanie odbyło się w Czekolada Cafe, w moim mieście. Maleńka salka zagwarantowała niezwykle przytulny klimat. Dzięki temu zestawieniu czułam się troszeczkę raźniej. Resztki wahania minęły, gdy pojawili się pierwsi uczestnicy. Również troszeczkę zakłopotane, ale z szerokimi uśmiechami na twarzy.

Kiedy Sabbath rozpoczęła swoją opowieść, przeplataną aromatami przeróżnych składników perfum, po stresie nie było już śladu. Słuchałam z zaciekawieniem kolejnych opisów - podobnie jak wszyscy uczestnicy chłonąc informacje i układając w głowie kolejne ciekawe historie. Trzy godziny minęły błyskawicznie. Kawiarnię opuszczaliśmy z wypiekami na twarzy.

Mam nadzieję, że to początek serii spotkań. Dla mnie świat perfum to baśń tysiąca historii, w której każdy znaleźć może swoje ścieżki.

Do czegoś jednak muszę się przyznać. Z emocji zapomniałam zrobić zdjęcia, więc wykorzystam te udostępnione przez Piratha.

http://perfumomania.wordpress.com/

Szczęśliwa nagrodzona odbiera Ramon Molvizar.